Pandemia to nie żart. Ludzie umierają!

Od początku pandemii w chełmskim szpitalu zmarło już ponad stu pacjentów z koronawirusem. Większość w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Pandemia nie jest w odwrocie. To nie żart, wymysł czy uknuty spisek, o czym można naczytać się w internecie. Ludzie umierają naprawdę.

Codzienne informacje o koronawirusie i statystyki podawane przez ministerstwo zdrowia przestały robić na nas wrażenie. I tak jak na początku pandemii, kiedy jeszcze niewiele osób znało kogoś zarażonego, albo chorego na Covid-19, tak dzisiaj – pomimo znacznie wyższej skali zachorowań – są ludzie, którzy nie dowierzają w wirusa. Codzienne liczby nowych, potwierdzonych przypadków zarażeń nie tylko się opatrzyły. Są często poddawane w wątpliwość a nawet są tematem kpin i żartów. Ale z danymi o zgonach już nie da się dyskutować. Ewidentnie widać, że jest ich coraz więcej. A śmierć nie oszczędza żadnego rejonu kraju, także Chełma.

– Sprawdziliśmy dane od 19 marca do 20 listopada i, niestety, zmarło w tym czasie osiemdziesięciu pacjentów z koronawirusem – przyznaje Lech Litwin, zastępca dyrektora ds. medycznych w szpitalu w Chełmie.

Od 20 listopada, według danych ministerstwa zdrowia, codziennie umierało po kilka kolejnych osób z miasta i powiatu chełmskiego. – To pokazuje, że to już dużo ponad stu zmarłych – mówi L. Litwin. – Niestety, nie brakuje wśród nich osób, które nie miały żadnych chorób współistniejących, które trafiały do szpitala nagle i ich stan pogarszał się w ciągu kilku godzin, nie dając szans na ratunek. Były przypadki, że nie zdążyliśmy nawet podłączyć chorego do respiratora.

Krajowe statystyki pokazują, że tylko niespełna 20-30 proc. pacjentów respiratorowych przeżywa. Ale w rzeczywistości jednemu na dziesięciu chorych urządzenie uratuje życie.

Zdecydowana większość zgonów miała miejsce w ostatnich tygodniach. Od marca do końca września w szpitalu zmarło tylko 8 pacjentów z koronawirusem.

Chełmski szpital zwiększył do około 180 liczbę tzw. łóżek covidowych. Większość jest stale zajęta. I, na szczęście, większość ma dostęp do tlenu, którego podawanie jest jednym z głównych sposobów leczenia koronawirusa. Dyrekcja szpitala zabiega jeszcze o specjalne reduktory, aby tlen trafił do pozostałych łóżek, ale zdobycie urządzeń nie jest proste, bo walczą o nie wszystkie lecznice.

– Bóle głowy, zmęczenie, złe samopoczucie czy temperaturę można próbować leczyć w warunkach domowych, ale jeżeli występują duszności, jeśli saturacja tlenu we krwi spada, to koniecznie trzeba szukać pomocy w szpitalu – przekonuje L. Litwin.

A skoro na oddziały kładą się także lekarze, których medyczna wiedza i świadomość jest znacznie wyższa niż przeciętnego człowieka, to znaczy, że koronawirus to nie jest mrzonka. Dobrze jest wyposażyć się w pulsoksymetr do sprawdzania nasycenia krwi tętniczej tlenem. I w przypadku grypopodobnych objawów regularnie się badać. (bf)

Codzienność na zakaźnym

Coraz więcej zakażeń, coraz więcej przyjęć i coraz więcej zgonów. To wszystko musi się odbijać na personelu medycznym szpitala. Ludzie są przemęczeni, nastroje są minorowe a codzienność dorzuca kolejnych nerwów, np. związanych z walką o jednorazowy sprzęt ochronny, którego na oddziałach idą codziennie setki kompletów.

Bez fartuchów, butów, masek personel nie podejdzie do pacjentów. Na zdjęciu widać, w jakich warunkach muszą pracować pielęgniarki z oddziału zakaźnego chełmskiego szpitala, aby chronić się przed zarażeniem.

– Praca w kombinezonie to katorga, powinna trwać maksymalnie 4 godziny. Powinien być on wymieniany – opowiada pielęgniarka z oddziału zakaźnego.

Personel, przed ubraniem się w kombinezony, przygotowuje kroplówki, zastrzyki i leki dla pacjentów. Tace z medykamentami ustawiają przed salami chorych, na stolikach. I dopiero wtedy zakładają kombinezony, maski, przyłbice, buty i wchodzą do sal. Już po kilkunastu minutach pot cieknie po plecach. A wytrzymać trzeba znacznie dłużej.

– Kroplówki muszą wykapać, leżących pacjentów trzeba poprzekręcać, zmienić pampersy, nakarmić. Takie wejście do sali zajmuje około trzech godzin – mówi pielęgniarka. – Po wyjściu zdejmujemy cały ekwipunek i wyrzucamy.

Oprócz przyłbic, bo te dezynfekujemy. Jest chwila, żeby odsapnąć i napić się wody a później wszystko od nowa, bo znowu trzeba podać lekarstwa, nakarmić, zmienić pampersy itd.