Przepych, bogactwo i wspaniały doping

– Doha nas zaskoczyła. I nie tylko wylewającym się zewsząd bogactwem, ale przede wszystkim czystością, porządkiem i świetną organizacją Mundialu. Ceny potrafią powalić na kolana, ale jeśli się dobrze poszuka, można zjeść pysznie i tanio – mówi Grzegorz Cholawo, piłkarz i działacz LKS Vitrum Wola Uhruska, który w Katarze był na dwóch meczach Mistrzostw Świata.


Wyjazd na Mundial jest marzeniem każdego kibica, działacza czy piłkarza. Na turniej rozgrywany właśnie w Katarze udało się pojechać Grzegorzowi Cholawo z Woli Uhruskiej. To wieloletni zawodnik tamtejszego klubu LKS Vitrum, który do Dohy wybrał się z dwoma kuzynami i wujem.

– Emocje zaczęły się, zanim dolecieliśmy do Kataru – opowiada. – Niewiele brakowało, by nasza przygoda z Mundialem skończyła się szybciej niż zaczęła, bo w samolocie pewien znany były    już bramkarz naszej reprezentacji wraz z grupą znajomych urządzili sobie zakrapianą imprezę, która rozkręciła się do tego stopnia, że załoga zagroziła zawróceniem do Warszawy albo wezwaniem policji na lotnisku w Katarze. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i w poniedziałek, 21 listopada wylądowaliśmy. Mój kuzyn, który jest jednocześnie moim szefem, jeszcze przed wylotem zarezerwował miejsca w hotelu.

Bilety na mecze Polski z Meksykiem i Kostaryki z Hiszpanią udało nam się kupić w bardzo niskiej cenie za sprawą znajomego z Kataru, kórego z kolei znajomy miał dobre układy z tamtejszym odpowiednikiem naszego PZPN-u. Z samolotu wysiedliśmy około 22.00, a do hotelu dotarliśmy po północy, ale żeby nie tracić czasu, postanowiliśmy po zameldowaniu pojechać coś zjeść i zwiedzić miasto. Muszę przyznać, że na nas wszystkich Doha zrobiła wielkie wrażenie. Następnego dnia pojechaliśmy do centrum i tam na każdym kroku widać było nieprzebrane wręcz bogactwo.

Chodniki były wyłożone nie kostką czy cementowymi płytami, ale wypolerowanymi marmurami i innymi szlachetnymi odmianami kamieni. Całe miasto utrzymane było w nieskazitelnym wręcz porządku. Widok ludzi myjących chodniki mopami nikogo tu nie dziwił. W oczy rzucał się natomiast zupełny brak koszy na śmieci. Co działo się z odpadami, dowiedzieliśmy się szybko. Otóż w miasto wyruszały całe ekipy pracowników z workami, którzy ręcznie zbierali wszystko, co leżało na ulicy – mówi Grzegorz. Na meczu Polski z Meksykiem atmosfera była niesamowita. Wielu kibiców z Indii, Pakistanu czy Bangladeszu kibicowało naszym.

Na spotkanie zabrałem oprócz polskiego szalik Vitrumu i, co ciekawe, udało nam się załapać do wywiadu dla Telwizji Polskiej, a po meczu Kostaryka -Hiszpania dla mediów z Hiszpanii. Fajnie, bo to dobra reklama dla naszego małego klubu. Po opuszczeniu stadionu oczywiście nikt nie chciał jechać do hotelu. Zaczęła się prawdziwa fiesta. Wszyscy bawili się, śpiewali i wymieniali koszulkami, proporczykami i innymi gadżetami. W środę cały dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie miasta, w tym jego starszej części.

Jest ono zgoła odmienne od prestiżowego City i bardzo przypomina tradycyjne bliskowschodnie miasta. Nie brakuje tu wszelkiej maści sklepików i małych knajpek. Z polecenia miejscowych odwiedziliśmy jedną z nich. Za bardzo obfity posiłek zapłaciliśmy w przeliczeniu po ok. 70 zł. Dla porównania w nowym centrum kilkudaniowy obiad w dobrej restauracji to koszt ok. 700 zł. Alkoholu oczywiście normalnie nie można kupić. Na stadionach sprzedawano tylko piwo bezalkoholowe w cenie ok. 25 zł. Złocisty trunek z procentami był dostępny jedynie w największej strefie kibica, która była cały czas bardzo oblegana.

Mimo nieprzebranych tłumów ludzi, wszędzie panował porządek. Służby mundurowe, które wspomagali w czasie mistrzostw specjalnie sprowadzeni z innych krajów funkcjonariusze,   świetnie sobie radziły. Przez cały pobyt w Katarze nie widziałem żadnej bijatyki. Przeciwnie, kibice byli serdeczni i przyjacielscy. Po meczu z Meksykiem wymieniłem się nawet z jednym z nich koszulkami – dodaje Cholawo. Zawodnik Vitrumu był na Mundialu trzy dni. Wrócił do Polski w czwartek (24 listopada) i jak mówi, do końca życia nie zapomni tej przygody. – Muszę gorąco podziękować moim kuzynom, bo bez ich wsparcia ten wyjazd nie byłby możliwy – tłumaczy Grzegorz. (bm)