Sierżant nie składa broni

– Jak się zachować, co powiedzieć? Gdy jechaliśmy z mężem do Beatki i Łukasza po zdiagnozowaniu nowotworu, całą drogę się nad tym zastanawialiśmy. Ale tego dnia to my dostaliśmy więcej pozytywnej energii od nich, niż sami im daliśmy. To są niesamowici ludzie. Pomóżmy im – słyszmy od bliskich małżeństwa Jarugów, którym przyszło się zmierzyć z wielkim przeciwnikiem: złośliwym, nieoperacyjnym rakiem dróg żółciowych.

Gdy Łukasz trafił do szpitala z bardzo wysoką gorączką i świądem skóry, jego żona – Beata – była w 6 miesiącu ciąży. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, co ich czeka. Mijały miesiące, a badania nie dawały jednoznacznego wyniku. W sierpniu na świecie pojawiła się Oliwia. Byli tacy szczęśliwi.

Aż przyszedł listopad

– Diagnoza, którą usłyszałem, brzmiała jak wyrok: nieoperacyjny nowotwór złośliwy dróg żółciowych. Pierwsza reakcja? Załamanie… Potem chaotyczne szukanie informacji w internecie. Ale postanowiłem zacisnąć zęby i potraktować tę chorobę jako największego przeciwnika, z którym przyszło mi się zmierzyć – wspomina Łukasz.

Pierwszy cios, który już zadał, to chemioterapia. Jednak w przypadku tego bardzo rzadko spotykanego nowotworu ta terapia nie daje gwarancji poprawy.

– Wiedzieliśmy o tym, ale musieliśmy spróbować – mówi Beata. – Wiedzieliśmy też, że musimy wykorzystać wszystkie dostępne mozliwości, żeby ratować Łukasza. Szukaliśmy informacji o nowatorskich terapiach. Nie do wszystkich jednak się kwalifikował. Wreszcie dowiedzieliśmy się, że szansą jest zabieg radioembolizacji. W Polsce jest refundowany w szczególnych przypadkach, kwalifikacja jest bardzo zawiła i termin byłby bardzo odległy, a niestety czas odgrywa ogromną rolę.

Sami lekarze również przyznali, że ich doświadczenie w przypadku tego typu guza jest niewielkie. Podpowiedzieli, żeby skontaktować się z Kliniką Leczenia Malformacji Naczyniowych w Niemczech, gdzie zabieg radioembolizacji wykonuje polski radiolog – profesor Maciej Pech. Napisaliśmy do niego maila, przesłaliśmy dokumentację medyczną.

Po trzech godzinach dostaliśmy odpowiedź, że Łukasz został zakwalifikowany do zabiegu. Z tym, że koszt takiej terapii to 120 tys. zł. A na tym może się nie skończyć. Jeżeli pierwszy zabieg przyniesie efekty, to prawdopodobnie będzie konieczność jego ponowienia. Nie mamy takich pieniędzy. I myślę, że niewiele osób jest w stanie pokryć takie leczenie „od ręki”. Oboje pracowaliśmy, ale wszelkie oszczędności już się skończyły. Każde wyjście do apteki to kilkaset złotych. A do tego dojazdy, prywatne konsultacje – dodaje żona Łukasza.

Nie poddają się

– Gdy jechaliśmy z mężem do Beatki i Łukasza po zdiagnozowaniu nowotworu, całą drogę zastanawialiśmy się, jak powinniśmy się zachować, co powiedzieć, żeby ich podnieść na duchu – mówi Mariola Jaruga, żona brata ciotecznego Łukasza. – Muszę przyznać, że tego dnia dostaliśmy więcej pozytywnej energii od nich, niż sami im daliśmy. A to był zupełny początek, kiedy nikt z nas nie słyszał o radioembolizacji ani o jakiekolwiek innej metodzie, która dawałby nadzieję. To był czas, kiedy lekarze mówili tylko, że guz jest nieoperacyjny, a chemia raczej nie pomoże.

Mimo to oni już wtedy byli gotowi do walki. Trzeba naprawdę dużo siły, żeby tak szybko zmobilizować się do działania. Myślę, że to dzięki temu, że zawsze mieli w sobie zaraźliwą radość życia i zapał. Wielu ludzi doświadczyło od nich dobra. Ono teraz powraca ze zwielokrotnioną mocą w osobach, które już zaangażowały się w pomoc Łukaszowi. To dodaje mu siły, zwłaszcza w momentach, kiedy choroba daje o sobie mocno znać. I jest nadzieją, że wszystko zakończy się szczęśliwie – dodaje.

Ruszyła lawina pomocy

Łukasz tuż przed świętami opublikował za pośrednictwem Fundacji Alivia apel o wsparcie finansowe na leczenie. W ciągu dwóch tygodni udało się zebrać prawie 40 tys. zł. W zbiórkę włączyli się koledzy z Nadbużańskiego Oddziału Straży Granicznej w Chełmie. Ale nie tylko, bo apel starszego sierżanta Jarugi nagłośnił też Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Funkcjonariuszy SG. Wsparli go też sportowcy i sympatycy GKS Start Regent Pawłów oraz Sparty Rejowiec, gdzie był zawodnikiem oraz mieszkańcy Rejowca Fabrycznego, którzy jeszcze do niedawna byli jego sąsiadami. Obecnie Łukasz wraz z żoną i córką mieszka w Lublinie.

– Mam nadzieję, że dzięki wsparciu ludzi dobrej woli uda mi się uratować moje życie. Tak bardzo chciałbym móc patrzeć, jak dorasta moja córka. Dziękuję za wszelką pomoc – pisze Łukasz w swoim apelu na stronie internetowej www.skarbonka.alivia.org.pl/lukasz-jaruga. I to za jej pośrednictwem można wpłacać darowizny na jego leczenie. Przekazywać je można za pomocą płatności on-line, karty płatniczej, PayPal lub tradycyjnego przelewu. Liczy się każda wpłata.

Pomóc można też przekazując 1 procent swojego podatku: nr KRS 0000 3586 54 z dopiskiem „Leczenie dla Łukasza Jarugi 110933”. (mg)