Ucieczka z piekła

W jedną noc spakowali życie do dwóch walizek i na zawsze opuścili dom oraz miejsce, gdzie spoczywa ich jedyny syn. Uciekając przed bombami, ruszyli w pięciodniową podróż do obcego kraju i ludzi. To historia o ucieczce z wojennego piekła pani Natalii i pana Wiktora, małżonków z Ukrainy, którzy swoją przystań i „anioła” odnaleźli w Chełmie. Wkrótce stąd wyjadą, ale najpierw chcieli podzielić się z naszymi Czytelnikami swoimi przeżyciami i podziękować za gościnę.

Mówi się, że starych drzew się nie przesadza. Bohaterów naszego artykułu wyrwano z korzeniami. Ale oni wiedzą, że dom jest tam, gdzie są najbliżsi. Pani Natalia i pan Wiktor wkrótce będą wiedli nowe życie w USA. Dołączą do ukochanej córki i wnuczki. Oboje swoje urodziny obchodzili w ubiegłym tygodniu – pani Natalia – 81, a pan Wiktor – 83. Nasza dziennikarka oraz Elżbieta Ćwir, chełmska radna i nauczycielka języka rosyjskiego w II LO, odwiedziły ich w Hotelu „Duet”, gdzie małżonkowie mieszkają od pięciu miesięcy. Oboje przywitali gości z otwartymi ramionami. Takimi są ludźmi – pogodnymi, otwartymi, zarażającymi pozytywną energią. Ale to, co spotkało ich pięć miesięcy temu, było koszmarem, który trudno opisać słowami.

Spakować życie do dwóch walizek

Zanim wybuchła wojna na Ukrainie, pani Natalia i pan Wiktor, emerytowani inżynierowie wiedli spokojne życie w 90-metrowym mieszkaniu w kamienicy w Siewierodoniecku. W pierwszych dniach po wybuchu wojny na Ukrainie żadne z nich nie brało pod uwagę, aby stamtąd wyjeżdżać. Mieli nadzieję, że konflikt szybko się zakończy. Zwłaszcza pani Natalia nie wyobrażała sobie, jak miałaby opuścić miejsce, gdzie spoczywa jej syn – żołnierz, który zginął w Afganistanie.

Z każdym dniem wystrzały i spadające wokół Siewierodoniecka bomby słychać było jednak coraz bardziej, a atmosfera grozy narastała. Pewnego dnia, stojący nieopodal budynek został zbombardowany, a z okien kamienicy, w którym mieszkało małżeństwo wypadły szyby. Jedna z sąsiadek opuściła swe pięknie urządzone mieszkanie i przeniosła się w bezpieczniejsze miejsce. To samo radziła pani Natalii i panu Wiktorowi. Córka i wnuczka, przebywające na stałe w USA, dzwoniły do nich przerażone drastycznymi scenami z telewizyjnych relacji o wybuchu wojny.

Błagały bliskich, aby uciekali zanim dojdzie do tragedii. Pani Natalia i pan Wiktor zgodzili się na to dopiero wtedy, gdy wnuczka zagroziła, że osobiście przyjedzie po nich ze Stanów. Nie chcieli, aby dla nich narażała swoje życie. Wieczorem 3 kwietnia zaczęli się pakować. Mieli noc na skompletowanie najpotrzebniejszych rzeczy, ale nie było to łatwe. Pani Natalia przyznaje, że w chaosie pakowała to, co potem w znacznej mierze okazało się niepotrzebne. Z kolei pan Wiktor kompletował dokumenty, które na szczęście już wcześniej miał uporządkowane. Ładowane przez niego do toreb akty i zaświadczenia okazały się potem na wagę złota w procesie ubiegania się o wizę do USA. Rankiem, po nieprzespanej nocy małżonkowie zamknęli swe mieszkanie, a klucz do niego wręczyli sąsiadce, oznajmiając, że może korzystać z całego dobytku, który po sobie zostawiają.

Podróż po nowe życie

Przy dźwiękach wojennych wystrzałów, z dwiema torbami, zmęczeni i przestraszeni małżonkowie poszli w miejsce, z którego raz dziennie o 10 rano odjeżdżały autobusy z ludźmi szukającymi bezpiecznego schronienia. Pan Wiktor opowiada, że rosyjskie miny spadały sto metrów dalej, ale na szczęście nikt wtedy nie zginął. Ci, którzy „nie załapali” się na transport musieli przyjść następnego dnia. Panu Wiktorowi i jego żonie udało się wsiąść do autobusu. Przewieziono ich do Słowiańska, gdzie razem z innymi „uciekinierami” zostali przyjęci i nakarmieni w miejscowej cerkwi.

Pani Natalia od samego początku nie czuła się jednak dobrze. Miesiąc wcześniej, idąc na grób syna złamała rękę. Medycy opatrzyli ją wtedy, założyli gips i zalecili operację, której z powodu wybuchu wojny już jednak nie przeprowadzono. Ręka pani Natalii puchła i starsza pani cierpiała katusze. Wkrótce podróż zamieniła się w jeszcze większy koszmar. Na dworcu w Słowiańsku poruszający się o lasce pan Wiktor i pani Natalia z bolącą ręką oczekiwali w tłumie ludzi na pociąg do Lwowa. Transport przybył nie o dziewiątej rano, tylko o godzinie dziewiętnastej. Później małżonkowie dowiedzieli się, że opóźnienie spowodowane było tym, że Rosjanie ostrzelali dworzec kolejowy w Krematorsku, a w wyniku tego ataku zginęło kilkadziesiąt osób. Wieczorem, gdy pociąg, na który czekali na stacji w Słowiańsku w końcu przyjechał, ludzie – próbując do niego wsiąść – zaczęli się nawzajem tratować. Pani Natalia i pan Wiktor zostali przewróceni przez napierający tłum. Z przerażeniem wspominają te dantejskie sceny i ludzką walkę o życie.

Opowiadają, że przystanęli z boku nie próbując już nawet przedostać się do pociągu w obawie, iż zostaną stratowani. Poza tym, opadali już z sił, a od dwunastu godzin nie mieli nic w ustach. Wspominają, że uratowała ich wówczas interwencja dwóch ukraińskich żołnierzy, którzy nakazali przepuścić do wagonów w pierwszej kolejności kobiety z dziećmi oraz starsze osoby. Wojskowi na rękach wnieśli do pociągu pana Wiktora i panią Natalię. Małżonkowie mówią, że tym młodym, nieznanym żołnierzom zawdzięczają życie. Gdy staruszkowie jechali już w pociągu ich towarzysze podróży zauważyli, że nie mają nic do jedzenia i oddali im swoje dwie ostatnie parówki.

Pan Wiktor, zapisał w swojej komórce numer telefonu kolejnych swoich „wybawicieli”. Potem, już z Chełma dzwonił do nich, dziękując, że nie pozwolili im „zginąć z głodu”. Gdy dotarli do Lwowa odetchnęli z ulgą, bo znaleźli się w końcu na nieokupowanym przez agresorów terenie, ale ich podróż jeszcze się nie zakończyła. Córka poleciła im, aby przyjechali do Polski i tego się trzymali. We Lwowie spędzili dwie noce, a tamtejsi wolontariusze poradzili im, aby szukali schronienia w Kościele Chrześcijan Baptystów przy ul. Ogrodowej w Chełmie.

Zrządzenie losu

9 kwietnia, przed północą pani Natalia i pan Wiktor po pięciu dniach podróży wysiedli na dworcu Głównym PKP w Chełmie.

– Byliśmy już bardzo zmęczeni, wokół było wielu ludzi, ale z powodu bariery językowej nie mogliśmy otrzymać wyjaśnień, a wtedy na naszej drodze stanęły dwie dziewczyny (pani E. Ćwir i towarzysząca jej Agata Chemicz, wicedyrektor II LO w Chełmie – przyp. red.) i za to zrządzenie losu dziękujemy Bogu – wspomina z uśmiechem pan Wiktor. – Pomogły nam. Pani Ela wszystko nam przetłumaczyła i od tamtej pory jest dla nas jak anioł, jak druga córka. Przez te pięć miesięcy żyła także naszym życiem, wspierając nas we wszystkim – wożąc do lekarzy, na zakupy, do fryzjera, pomagając w załatwianiu formalności urzędowych, związanych z uzyskaniem wizy do Stanów.

Chcieliśmy też podziękować za serdeczne przyjęcie i wszelką pomoc właścicielom oraz pracownikom hotelu „Duet”. Jest takie narodowe powiedzenie, że nieważne, ile masz lat, ale ile życia w twoich latach. Niektórzy przez sto lat swego życia nie zrobią tyle dobrego, co inni przez trzydzieści.

Pani Natalia i pan Wiktor są wdzięczni wszystkim, którzy pomogli im w tej trudnej sytuacji życiowej. Mówią, że na swojej drodze spotkali wiele wspaniałych osób. Pan Wiktor starał się notować ich numery w telefonie, aby mógł im potem podziękować. Małżonkowie próbują też dodzwonić się do swoich przyjaciół w Siewierodoniecku, ale nie ma z nimi łączności. Ci, którzy odbierają telefony opuścili wcześniej miasto i rozjechali się po świecie. Wiadomo, że Siewierodonieck opanowali Rosjanie. Pani Natalia i pan Wiktor nie mają pojęcia, co dzieje się z ich mieszkaniem, a z sąsiadką, której oddali do niego klucze też stracili kontakt. Pani Natalia żałuje, że nie zdążyła rozdać dobytku biednym tak, aby nie trafił w ręce okupantów. Małżonkom najbardziej jednak żal, że opuścili miejsce, w którym pochowany jest ich syn i inni bliscy.

– Wiedzą jednak, że trzeba myśleć o przyszłości i patrzą w nią z optymizmem, nie mogąc doczekać się wizy i wyjazdu do córki oraz wnuczki – mówi Elżbieta Ćwir. – Dla mnie to rozstanie też będzie trudnym doświadczeniem, bo bardzo się do tych wspaniałych ludzi przywiązałam. Mimo tego, co przeszli, mimo swoich chorób są tak pogodni, sympatyczni i troskliwi. Gdy na nich patrzę myślę o własnych rodzicach. Gdyby oni znaleźli się w obcym kraju, bez bliskich, nie znając języka też chciałabym, aby znalazł się ktoś, kto okazałby im serce. (mo)