Dobra zmiana kosztem dzieci

Po czterech latach dwie klasy integracyjne z dziećmi o specjalnych potrzebach edukacyjnych mają zostać połączone w jedną ogólnodostępną. Miasta najwyraźniej nie interesuje, czy takie rozwiązanie jest dobre dla uczniów, jak będą wyglądały lekcje i czy w ogóle uda się w takich warunkach zrealizować podstawę programową. Liczy się zysk.

– Zostaliśmy oszukani. Mówi się nam, że nasze klasy są mało liczne. Owszem, kilku uczniów się wypisało ze szkoły, ale też i kilku nowych się zapisało. Organ nadzorujący nie może patrzeć tylko przez pryzmat liczby uczniów w klasie, ale musi też patrzeć na dobro dzieci – zdesperowani rodzice zwrócili się nawet o pomoc do prezydenta Andrzeja Dudy, ale odpowiedź nie przyszła.

W roku szkolnym 2019/2020 w Szkole Podstawowej nr 1 w Chełmie funkcjonowały dwie integracyjne klasy czwarte. Do IVa uczęszczało czternastu uczniów, w tym trzech z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego, do IVb – jedenastu uczniów, w tym dwóch z orzeczeniem. Od września, na mocy tzw. nauczania włączającego, obie klasy mają zostać scalone w jedną, ogólnodostępną, liczącą 25 osób.

Dla rodziców to absurd nie do przyjęcia. Po pierwsze, jak mówią, zapisywali swoje dzieci do klasy integracyjnej, która z zasady jest mniej liczna, przez co daje warunki do rozwoju wszystkim uczniom – zarówno tym o specjalnych potrzebach, jak i będącym w tzw. normie intelektualnej.

Nie wyobrażają sobie, by od września możliwe było prowadzenie lekcji w klasie 25-osobowej (gdzie są praktycznie sami chłopcy) z pięcioma uczniami z orzeczeniem z poradni, którzy mają różne potrzeby i stopnie upośledzenia (w tym z dzieckiem autystycznym, które zdecydowanie wymaga większej uwagi nauczyciela wspomagającego).

– Klasa z nauczaniem włączającym zapewnia warunki do nauki uczniom o specjalnych potrzebach, gdy są w niej 1-2 orzeczenia. W innym przypadku rozwój dzieci może zostać poważnie zaburzony. Nie będą miały one możliwości do nauki i korzystania z pomocy nauczyciela wspierającego w takim zakresie, jaki miały do tej pory – podkreślają rodzice uczniów „Jedynki”, zszokowani tym, co czeka ich dzieci.

W ramach sprzeciwu oraz licząc na zrozumienie zwrócili się do władz miasta, przewodniczącego rady oraz kuratorium oświaty. Miasto jednak, jako organ nadzorujący, zdaje się być głuche na ich argumenty. Ba, urzędnicy podnoszą nawet w piśmie do rodziców, że połączenie klas da szansę uczniom na lekcje w-f, informatyki i języka obcego w podziale na grupy oraz z uwzględnieniem ich stopnia zaawansowania. Tylko co z pozostałymi przedmiotami?

Najwyraźniej zaślepieni szansą na pozyskanie oszczędności kosztem uczniów (w końcu jedna klasa, to mniejsza liczba nauczycieli uczących oraz jeden wychowawca i jeden nauczyciel wspomagający) zapewniają, że rozumieją obawę rodziców o „trudniejsze warunki pracy w liczniejszej grupie” i „jeśli wystąpią jakiekolwiek zagrożenia z tym związane, będą reagować bezpośrednio”.

Zwróciliśmy się do dyrekcji wydziału oświaty oraz władz miasta z zapytaniem, czy ich zdaniem połączenie tych dwóch klas naprawdę pozwoli wszystkim dzieciom na prawidłowe kształcenie oraz czy w takich warunkach naprawdę można w pełni zrealizować podstawę programową. Niestety, do czasu zamknięcia tego wydania nie dostaliśmy odpowiedzi z urzędu.

Rodzice uczniów „Jedynki” nie poddają się w walce o dobro swoich dzieci. Mają nadzieję, że jeśli kilkoro nowych uczniów dopisze się do jednej z klas, wówczas pomysł połączenia obu padnie i wszystko zostanie po staremu – z korzyścią dla wszystkich uczniów. (pc)