Konfrontacje z covidem

Festiwal Konfrontacje Teatralne 2020 dobiegł końca 30 października. Kilka wydarzeń przegrało starcie z reżimem sanitarnym pandemii – nie obejrzeliśmy ważkich spektakli Janusza Opryńskiego (Provisorium) i Pawła Passiniego (NeTTheatre). A spotkania ze sztuką Sceny InVitro 13-14 października w Centrum Kultury odbyły się w aurze restrykcji: w maseczkach i przy udziale jednej czwartej publiczności.

Kusił najnowszy spektakl w reżyserii Łukasza Witt-Michałowskiego – „Margules. Nieobecność”. W jego przedstawieniu Kantor, Grotowski i… właśnie Margules są stawiani w jednym rzędzie kreatorów światowego teatru.

Dwóch pierwszych każdy teatroman zna doskonale. Ale Ludwik Margules – Polak żydowskiego pochodzenia spędzający całe niemal życie w Meksyku? Kim był twórca, który wychował pokolenia aktorów i reżyserów po drugiej stronie świata? Na pewno ekscentrykiem, dla wielu wręcz dziwakiem, o którym w Polsce nikt nie słyszał.

Margules zawładnął umysłem lubelskiego reżysera w Ameryce. I nie pojmuje on, dlaczego czcimy wielkie postaci Polaków, którzy robią karierę w Europie, natomiast bardzo mało wiemy na temat ludzi, którzy jak Margules odznaczyli się estymą w świecie.

Ciekawe, że po raz pierwszy reżyser i jego aktorzy dowiedzieli się o nim przypadkowo. – Odkryliśmy go w Meksyku, gdzie Margules jest powszechnie znany. Tam nasz teatr InVitro odbył tournée z przedstawieniem „Zły”. A czas wyjazdu przypadał na tamtejsze obchody święta zmarłych, będące u nich radosną maskaradą, co dało nam kreatywne obserwacje i skojarzenia – opowiadają twórcy spektaklu w trakcie jego trwania.

Jest to raczej widowisko multimedialne niż tradycyjne przedstawienie. Witt-Michałowski prezentuje tu dokument z archiwaliów: ze zdjęć, wspomnień, anegdot. W filmowych clipach pojawia się grono osób z życia Margulesa, jak scenografka Monica Raya, jego dawna asystentka Hilda Valencia czy asystent Ruben Ortizo.

– To transgresyjne spotkanie z nieżyjącym już twórcą teatru, rozgrywające się w noc meksykańskich zmarłych – wyjaśnia zafascynowany reżyser. On także jest autorem scenariusza na podstawie dramatu Artura Pałygi.

Epitafium ekscentrycznego artysty?

Narracja spektaklu jest dość chaotyczna. Rozpoczyna ją filmowa introdukcja na temat obyczajowości Meksyku. Następnie widz dowiaduje się, że przybyły za Atlantyk tuż po II wojnie młody emigrant z Polski początkowo pracuje na budowach, lecz ma wyraźnie artystyczne aspiracje. Nie znając hiszpańskiego dogadywał się z miejscowymi po łacinie. A pierwszą sztuką z jaką miał tam do czynienia był występ teatru z Leninabadu (Tadżykistan, ówczesna republika ZSRR). Swój teatr zaczynał od spektakli w jidysz, choć myślał po polsku.

To niezwykle barwna postać w historii teatru. Rzekłbym, Margules był w swoich realizacjach na tyle wyrazisty co Picasso lub choćby nasz Witkacy w sztukach plastycznych… Bodaj ten właśnie rys charakteru oznajmia nieustająca hiperekspresja wykonawców spektaklu. Dzieje Margulesa opowiada aż 6 aktorów: Anna Maria Sieklucka (jego żona, ubrana i odmalowana niczym śmierć) i Jarosław Tomica (sam Margules). Inni wcielają się w bohaterów barwnych epizodów z życia artysty, jak: Marta Bartczak, Magdalena Hertrich-Woleńska, Michał Barczak, Kamil Drężek. Mamy tu zaskakujący ruch sceniczny: bieganie aktorów między rzędami, bębnienie pięściami po fotelach, nieustanny harmider, jakieś ekscentryczne pląsy a la’ taniec świętego Wita…

Co autor chciał przez to powiedzieć – pozostaje zagadką. Może to, iż w teatrze Margulesa istniał dziwny chaos, klimat dialektyki, jaka toczyła się w jego umyśle, w niepokornej duszy artysty.

Nie ma tu żadnej scenografii

Spektakl zaskakuje odwróceniem ładu na sali teatralnej. W miejsce sceny na krzesłach zasiadło ok. 50 widzów. Przed nimi na widowni jedynie ogromy telebim. Jest ascetycznie.

Taki w swej istocie był Margules – zwolennik scenicznego minimalizmu. W swoich realizacjach radykalnie ograniczał ruch i choreografię. Istniało tylko to, co było ważne dla wyrażenia treści wypracowywanych w aktorstwie.

Stawiał na aktora. Piętnował w nim sztuczność i koturnowość sięgając do prawdziwych stanów emocji. Namawiał aktora na podróż w głąb siebie, na niezgodę w jego grze dla rozwiązań, które nasuwają się same. Podsuwał adekwatne środki wyrazu. Nawoływał, by aktor oznajmiał na scenie to, co w jego grze najbardziej intymne, by był w zgodzie z sobą. Uważał, że teatr to głównie aktor – a wszystko inne, łącznie z reżyserem, jest wtórne. Z jednej strony wymagał mądrości od aktorów, z drugiej żądał dzikości i rozpasania w ich grze. Preferował tzw. teatr inscenizacji ponad teatr autora sztuki.

Z charakteru impetyk, Margules, akcentował w swych wypowiedziach konflikt w teatrze, traktował go batalistycznie. – Teatr to wojna, a robienie spektaklu to bitwa – żartował. – I dlatego, aktor musi walczyć z reżyserem, z jego wizją sztuki. Mawiał: – Stań w opozycji. Nie możesz dać mi się pożerać! Był więc bezkompromisowy w prowadzeniu aktorów. Zarażał wszystkich swoim perfekcjonizmem, niewiele miejsca zostawiając na uczuciowość, na ckliwą melodramatyczność. – Przy tej okazji obrażał wszystkich, w pracy był zwykle wściekły – wspominają go współpracownicy.

„Margules. Nieobecność”

To dla jednych tylko szersza nota biograficzna, dla innych również rzecz o istocie współczesnego teatru. Bowiem spektakl traktuje o tym, co dziś bardzo żywe i dyskusyjne po obu stronach rampy – o władzy reżysera w teatrze. Bohater był doprawdy szalonym twórcą, który potrafił pracować nad jednym przedstawieniem ponad rok, dzień w dzień po dwanaście godzin. A przez to tyranizował swoje otoczenie.

– Trudno by teatr był partycypacyjny czy demokratyczny – komentuje Witt-Michałowski. – Zawsze jest naznaczony osobowością reżysera. Podobnie jak jego bohater uważa, że sztuka nie jest możliwa bez swoistej dyktatury.

Biografia Margulesa wysypuje się w jego inscenizacji niczym puzzle, a może bardziej jak garść ścinków z życia. Nasz reżyser wprowadza więc do interpretacji termin „entropia teatru Margulesa” – miara bezładu i chaosu? Jak zwykle u Witt-Michałowskiego spotykamy tu introwertyczną intymność jego przeżyć i próbę zainteresowania nią widza dogłębnie. Również i tu reżyser podsuwa nam atrakcyjnie postać „tyrana teatru”, fascynuje się nią. I usiłuje przełożyć magię tej dawno już nieobecnej osoby na aktualne życie teatru.

Cóż, jego bohater był zupełnie inny niż członkowie jego społeczności w Polsce, z której uciekł. Tak też był odbierany na emigracji, gdzie zmarł w Meksyku w 2006 roku – jako wybitny artysta, który niewiele miał wspólnego ze swym żydowskim wyznaniem.

Nie wierząc zbytnio w ludzi Margules kochał jednak życie, uwielbiał wodę i nurkowanie. Takim też obrazem, filmowym kończy się ów osobliwy spektakl. Marek Rybołowicz