Przykład biorą z góry?

Burmistrz idzie do szpitala, by wykonać darmowy test na koronawirusa, żona radnego powiatowego i dyrektora szkoły, mimo choroby męża, prowadzi zajęcia z małymi dziećmi, dyrektor innej szkoły i jednocześnie przewodniczący rady gminy, mimo widocznych oznak choroby, składa wizytę w urzędzie. Jak widać, Przemysław Czarnek nie jest jedynym, któremu w tych czasach można więcej. Wierchuszka z powiatu włodawskiego też czuje się lepsza od innych.

Od kilku dni nasza redakcja jest wręcz bombardowana telefonami oburzonych mieszkańców powiatu włodawskiego, którzy alarmują, że mnóstwo ludzi podczas zakupów czy wizyt w urzędach nie stosuje się do obostrzeń sanitarnych. – Owszem, maseczki posiada większość, ale co z tego, skoro są one albo pod brodą, albo nie zasłaniają zasmarkanego nosa – denerwuje się nasz Czytelnik z Włodawy.

– Jeśli ktoś nie wierzy w koronawirusa, jego sprawa, ale niech nie naraża innych na to zagrożenie – uważa mężczyzna. Oczywiście w pełni go popieramy, podobnie jak większość władz samorządowych. I starosta, i burmistrz, i większość wójtów apelują o zachowanie dystansu społecznego, mycie rąk, używanie maseczek, albo o nieskładanie niepotrzebnych wizyt u lekarzy czy w szpitalu. Ale publiczne apele to jedno, a życie drugie, czego jako jeden z pierwszych dał przykład burmistrz Wiesław Muszyński.

Otóż gospodarz włodawskiego ratusza, wbrew ogólnie przyjętym zaleceniom, zdecydował się złożyć wizytę w szpitalu, by wykonać test na obecność koronawirusa. Zwykły śmiertelnik (czyt. mieszkaniec powiatu włodawskiego) zostałby nie tylko pogoniony, ale i usłyszałby pewnie ostrzeżenie o konsekwencjach karnych. Tymczasem burmistrzowi bez większych problemów wykonano test i to całkiem za darmo. Wynik okazał się negatywny.

Kolejnym „odpowiedzialnym” urzędnikiem został Janusz Korneluk, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 3 we Włodawie, która była pierwszym tak dużym ogniskiem koronawirusa w powiecie. Korneluk jest przewodniczącym Rady Gminy Włodawa, który nie tylko prowadził ostatnią sesję, ale też kilka dni po niej, w poniedziałek (5 października) złożył wizytę w urzędzie gminy. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że wcześniej miał kontakt z osobą zakażoną koronawirusem, a odwiedzając urząd miał objawy ciężkiej grypy. W konsekwencji każdy pracownik, który miał z nim kontakt, musiał poddać się kwarantannie, co niemal sparaliżowało działanie tej instytucji.

Nie popisała się również małżonka radnego powiatowego i dyrektora szkoły w Woli Uhruskiej Mirosława Koniecznego. Mężczyzna od kilku dni przebywał na zwolnieniu z objawami mogącymi świadczyć o zarażeniu koronawirusem. Mimo tego dyrektor nie tylko nie poinformował pozostałych nauczycieli o tym, że może być chory na Covid, ale też pozwalał, by jego żona normalnie przychodziła do pracy (też jest nauczycielką). Grono pedagogiczne zastanowił wprawdzie fakt, że żona dyrektora zakłada ostatnio do pracy rękawiczki, ale nikt otwarcie o nic nie pytał.

W czwartek (8 października) sytuacja się wyjaśniła, a sama pani dyrektorowa wywołała nie lada sensację, gdy zasłabła w szkole na wieść o tym, że jej mąż ma koronawirusa. Nie wiadomo czy ona również była nosicielką wirusa. Jeśli tak, skutki dla szkoły i gminy mogą być opłakane. Na razie na kwarantannie oprócz niej i jej męża znalazła się też wicedyrektorka szkoły oraz sekretarka. Klasa IVa od piątku ma zdalne zajęcia, ale po tym, jak dzień wcześniej rodziców obiegła wieść o chorobie dyrektora, mało kto zdecydował się posłać swoje pociechy do szkoły. (bm)