Śledztwo na sygnale

Prokuratura wszczyna śledztwo w sprawie strat, do jakich miało dojść w Stacji Ratownictwa Medycznego w Chełmie. Przez dwa lata na obniżeniu stawek za korzystanie z bazy i sprzętu podmiotom zewnętrznym pogotowie mogło stracić 600 tys. zł. – Jestem spokojny o wynik śledztwa – mówi Tomasz Kazimierczak, dyrektor pogotowia.

Zawiadomienie złożył były pracownik pogotowia. Z naszych nieoficjalnych ustaleń wynika, że śledztwo toczy się w kierunku przekroczenia uprawnień przez osoby „zobowiązane do zajmowania się sprawami majątkowymi” pogotowia. Nie ma imiennego wskazania osób odpowiedzialnych. Sprawa wydaje się poważna. Prokuratura kwalifikuje ten czy z art. 296. § 1. Kodeksu Karnego. Według jego zapisów sprawca szkody podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Tomasz Kazimierczak, dyrektor Stacji Ratownictwa Medycznego w Chełmie, nie chce na razie komentować rozpoczętego śledztwa. – Wiem, że zostało wszczęte. Do zakończenia postępowania nie będę się do tego odnosił. Ale mogę zapewnić, że wszystkie decyzje w Stacji podejmowane są po przeprowadzeniu analizy finansowej zgodnie z prawem i przepisami – mówi.
Sprawa dotyczy okresu od marca 2012 do grudnia 2014 roku. To wtedy kierownictwo pogotowia miało obniżyć stawki godzinowe za korzystanie ze sprzętu, bazy, aparatury medycznej wykorzystywanej przez personel, który nie był zatrudniony na etatach w stacji. Chodzi głównie o ratowników medycznych i doktorów, którzy pracowali na tzw. kontraktach jako zewnętrzne firmy i pogotowie wystawiało im faktury za korzystanie z bazy i sprzętu. Według szacunków zawiadamiającego prokuraturę, pogotowie mogło stracić na obniżce stawek nawet 600 tys. zł. Obniżenie stawek miało zostać wprowadzone aneksem do obowiązujących wcześniej umów. Jednak same umowy podobno nie pozwalały na zmianę tych kwot.
Ale do obniżenia stawek miało dojść po protestach ratowników i lekarzy, którzy od 2011 roku uskarżali się na nieuzasadnione ich zdaniem podwyżki, postulowali wzrost wynagrodzeń a nawet grozili odejściami z pracy. Dyrektor Kazimierczak twierdzi też, że domyśla się, kto złożył donos do prokuratury. Jego zdaniem zawiadamiającym kierowały wyłącznie względy osobiste. (bf)