Boks to szermierka na pięści…

Tadeusz Goluch był kapitanem zespołu Motoru Lublin, który w 1970 roku wywalczył historyczny awans do pięściarskiej II ligi. Za niespełna dwa tygodnie, podczas Memoriału Stanisława Zalewskiego, miał z okazji 50-lecia jubileuszu tego wydarzenia otrzymać pamiątkową statuetkę i spotkać się z kolegami z drużyny m.in. Marianem Choiną, Zygmuntem Kapuścikiem i Krzysztofem Sugierem...

Lubelski boks poniósł niepowetowaną stratę. W środę, w wieku 81 lat, zmarł w Lublinie Tadeusz Goluch, jeden z najlepszych pięściarzy w historii Motoru, trener i wychowawca wielu pokoleń bokserów. „Goły”, bo tak zwracali się do niego „po nazwisku” koledzy z ringu, stoczył 203 pojedynki – z czego 170 wygrał, 10 zremisował i 23 przegrał. Jego ostatnia walka – ta z nieuleczalną chorobą, trwała ponad dwa lata.

Tadeusz Goluch urodził się 27 sierpnia 1939 roku w Młynowie, w dawnym województwie  wołyńskim (teren dzisiejszej Ukrainy).

Do Lublina wraz z rodzicami i starszą siostrą Jadwigą trafił pod koniec II wojny światowej. Rodzinę w drugiej połowie 1944 roku, tak jak większość Polaków ze wschodnich terenów II Rzeczypospolitej przymusowo przesiedlono w nowe granice Polski Ludowej w wyniku zawarcia układów republikańskich pomiędzy PKWN, a trzema republikami ZSRR (białoruską, ukraińską i litewską).

Rodzina Goluchów zamieszkała na Starym Mieście, w jednej z nielicznych kamienic, które nie ucierpiały podczas niemieckich bombardowań.

Sportem, w szczególności boksem i… żużlem młodego Tadeusza zaraził ojciec Władysław, choć sam nie uprawiał żadnej dyscypliny i uważał, że ze sportu wyżyć się nie da, to mocno kibicował lubelskim zawodnikom i zabierał syna na turnieje oraz mecze.

Tadeusz Goluch pięściarstwo zaczął uprawiać podczas nauki w Liceum Ogólnokształcącym im. Vetterów w Lublinie (klasa o profilu ekonomicznym).

Pierwsze kroki w ringu stawiał w lubelskim Sygnale pod okiem trenera Stanisława Bombolewskiego, później przez chwilę był zawodnikiem Zrywu. Po ukończeniu szkoły trafił do Lublinianki, gdzie w sekcji bokserskiej odbywał służbę wojskową. Po jej zakończeniu kontynuował swoją przygodę z pięściarstwem w Motorze.

W 1970 roku wraz z kolegami z drużyny, której był kapitanem, wywalczył historyczny awans do II ligi bokserskiej.

– Pamiętam jak z Jego twarzy nigdy nie znikał taki charakterystyczny uśmieszek. To strasznie deprymowało w ringu przeciwników, z którymi walczył – Tadeusza Golucha wspomina Krzysztof Sugier, obecny prezes Lubelskiego Okręgowego Związku Bokserskiego, który był także jednym z zawodników drużyny Motoru, która przed 50. laty wywalczyła awans do II ligi. – Choć byłem ponad 10 lat młodszy, to miałem okazję z nim kilka razy sparować. Miał niesamowity refleks, do tego potrafił oddać cios z takiej pozycji, z której nikt by się nie spodziewał. Tadeusz Goluch świetnie wywiązywał się z roli kapitana drużyny – spokojny, wyważony, zawsze potrafił szybko zareagować, gdy coś w zespole iskrzyło – dodaje Sugier.

Goluch w drugiej połowie lat 50-tych był jednym z najlepszych juniorów w Polsce, powoływany do kadry reprezentował nasz kraj w meczach międzypaństwowych.

W 1957 roku we Wrocławiu wywalczył tytuł mistrza Polski ZS Zryw w wadze muszej!

W dorosłych mistrzostwach kraju, w czasach gdy polskie pięściarstwo pod wodzą legendarnego Feliksa „Papy” Stamma, z którym ściśle współpracował lublinian Stanisław Zalewski (trener Golucha w Motorze) było światowym mocarstwem, kilkukrotnie stawał przed szansą na zdobycie medalu.

– Najbliżej był podczas czempionatu rozgrywanego w 1969 roku w Mielcu. W ćwierćfinale Tadek walczył z Janem Żeleźniakiem z Turowa Zgorzelec, byłym dwukrotnym mistrzem Polski juniorów, zawodnikiem jednego z najlepszych ligowych klubów w kraju i… zdecydowanie wygrywał pojedynek. Niestety, sędziowie perfidnie go oszukali, przyznając zwycięstwo 3:2 rywalowi. Marne to pocieszenie, że po zawodach dostał puchar dla najbardziej skrzywdzonego zawodnika mistrzostw. Szkoda, że nie był wtedy reprezentantem innego klubu. Motor dopiero w kolejnym roku awansował do II ligi, podczas gdy w 1970 roku wspomniany Turów zdobył drużynowe mistrzostwo Polski – przyznaje Waldemar Kołodziejczyk, kolega z ringu i przyjaciel Golucha.

W 1962 roku w Rzeszowie po wygraniu w 1/8 finału kat. 60 kg z Worzechowskim, w walce o półfinał Goluch uległ srebrnemu medaliście Ryszardowi Dudczakowi, który z kolei w finale musiał uznać wyższość Jana Szczepańskiego z warszawskiej Legii, późniejszego mistrza olimpijskiego i mistrza Europy w wadze lekkiej.

W 1970 roku w Opolu po jednogłośnym zwycięstwie z Józefem Cieplikiem z Krakowa, w 1/4 finału przegrał na punkty z Henrykiem Zajkowskim z Gwardii Białystok.

Tadeusz Goluch był ośmiokrotnym mistrzem okręgu lubelskiego.

– Nie było mocnych na niego. Choćby taki Zbyszek Stańko potrafił wygrać i z mistrzem Polski, a na własnym podwórku nie dawał rady Goluchowi. Tadek to była ikona spokoju w ringu, prawdziwy ekonomista, nie tylko z wykształcenia. Nie zrobił nawet pół zbędnego ruchu. Swoją mądrością w ringu i życiu zadziwiał wszystkich – dodaje Waldemar Kołodziejczyk.

Po zakończeniu kariery zawodniczej Goluch został szkoleniowcem. Papiery na trenerkę miał bardzo mocne. Nie dość, że przeboksował kilkanaście lat w ringu, to zdołał jeszcze skończyć studia – Akademię Wychowania Fizycznego w Warszawie (1974-78).

Sukcesy przyszły bardzo szybko. Już w 1978 roku podczas mistrzostw Polski juniorów w Szczecinie trzech zawodników Motoru, podopiecznych Golucha, stanęło na podium! Złoto w  kategorii do 57 kg, po wygranej z Robertem Matłoką z Olimpii Poznań, wywalczył Ryszard Murat, a srebrne medale Stanisław Marczyński w kat. 60 kg (przegrał z Robertem Celejem ze Szczecina) i Jerzy Oniszko w 67 kg (uległ Leszkowi Bancerowi z Białegostoku).

– Trener Goluch był dla mnie jak ojciec. Był wielkim autorytetem, wychowawcą. Zawsze wiedział kiedy może przykręcić śrubę, a kiedy poluzować. Powtarzał nam jak mantrę: „Boks to nie jest bijatyka, to szermierka na pięści”. Uczył nas szacunku do przeciwnika i samego siebie. Dobrze wiedział, że oprócz sportu jest jeszcze życie, w którym nie zawsze jest lekko. Na zawsze pozostanie w moim sercu i pamięci – mówi Ryszard Murat.

Tadeusz Goluch z boksem związany był niemal do końca swoich dni. Jeszcze przed dwoma laty, zanim ciężko zachorował, prowadził treningi między innymi w klubie K1 z zawodnikami MKS Kalina, w Klubie Sportowym Paco, w Świdniku oraz w Radzyniu Podlaskim. Warto także przypomnieć, że do emerytury pracował jako nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 11 przy ul. Przyjaźni w Lublinie.

Jaki był Tadeusz Goluch, gdy nie spędzał czasu na sali treningowej czy zawodach?

Oddany rodzinie, bezgranicznie zakochany w żonie Lucynie, z którą wspólnie przeżył 46 lat i doczekał się dwójki dzieci (Marta i Tomasz, którego często ciągnął za sobą na treningi i obozy) oraz trójki wnucząt: Mai, Mikołaja i Aleksandra.

– Uwielbiał grzybobrania; krzyżówki i westerny, grał w karty w tysiąca, a także interesował się historią – głównie tematyką związaną z II wojną światową – wspomina dziadka wnuczka Maja. – Razem z babcią Lucyną nie opuścili żadnej transmisji meczów siatkówki, skoków narciarskich i boksu. Bardzo lubił makaron z serem, pierogi i słodycze – dodaje.

Wnuczka Maja podkreśla również, to co wszyscy, którzy mieli okazję spotkać na swojej drodze Tadeusza Golucha, że był on osobą z niesamowitym poczuciem humoru, miał inteligentny żart i cięte riposty. Był duszą towarzystwa.

– Nie znosił też garniturów – całe życie wolał się ubierać na sportowo – czemu trudno było się dziwić. Będzie nam go bardzo brakować – kończy. Krzysztof Basiński