Jarmarkowe postscriptum

Zakończony przed tygodniem Jarmark Jagielloński należy uznać za sukces organizatorów (Warsztaty Kultury) i marketingu miasta. Wszak przez trzy dni tej imprezy (16-18 sierpnia) niezmiennie towarzyszyły jej tysiące ludzi. Czy jednak ów jarmarkowy tłum uczestników zdąża w dobrym kierunku? Nasuwają się pytania o przyszłość Jarmarku.


Trudno było przecisnąć się miedzy ludźmi na głównej osi wydarzeń: plac Litewski – deptak – Zamek. Obserwując z okien naszej reakcji przy ul. Bramowej 6 rzekę głów poniżej, co rok mam tę samą myśl: starówka jest zbyt mała na tę imprezę, jaką Lublin ambitnie tu realizuje od 13 lat.

W piątkowe czy sobotnie popołudnie przejść przez Bramę Krakowską oznaczało dreptać wiele minut niemal w miejscu. Szczęśliwie czas ten umilał widok wirującej nad głowami barwnej instalacji z drewna i wikliny, a także jakiś śpiew, bo właśnie tu miejsce zajęły Tania i Mariana – dwie pieśniarki ludowe z Iwano-Frankowska. Akompaniując sobie na bogato zdobionych bandurach, zauroczyły wielu przechodniów.

Jarmarczny tłum nasuwa porównanie z Carnavalem Sztukmistrzów, ten jednak gromadzi widzów raczej wokół konkretnych punktów programu natomiast Jarmark Jagielloński sam w sobie jest mega zgromadzeniem ludzi. Obok lublinian dreptały w tym pochodzie tysiące gości z całej Polski, z Europy, ba, nawet z najdalszych zakątków świata. Dowodem tego był czarnoskóry Augustine, 20-latek z Tanzanii, który przebył 6 tys. km by znaleźć się tu, a przy okazji złożyć papiery jako kandydat na studia. Szły też zorganizowane grupy turystów z Azji, którzy musieli pokonać nie mniejszą trasę, by zobaczyć Jarmark. Prym jednak wiedli sąsiedzi zza Buga – język ukraiński w tej gęstwie był równie często słyszany jak polski.

Kramy, stoiska, stragany

…zawsze są istotą jarmarku – oferowały cudności i przysmaki. Od ul. Świętoduskiej przez kilometr, aż za Bramę Grodzką, uliczkami owładnęło rękodzieło: kowalstwo artystyczne, ceramika ozdobna i użytkowa, plecionkarstwo, koronki, wyszywanki, stroje ludowe, wyroby jubilerskie, i zabawki. Królowały też wszechobecne świątki, dewocjonalia.

Z liczby 200 wystawców, obok polskich twórców (ok. 70) najliczniejsze grupy stanowili Ukraińcy i Węgrzy (po ok. 40 artystów). Wyraźnie zaznaczyli się twórcy z Białorusi i Słowacji (po ok. 30). Byli też Litwini, ale niezbyt liczni.

Które stoiska zachwyciły? Ukraińskie: oferujące haft ludowy i koronkarstwo, słowackie: śliczną biżuterię z drutu i metaloplastykę przywiozła Anna Valterova z Bratysławy, pisanki, będące arcydziełem tej sztuki pokazała Andrea Filova z Hradiste, a Miloslav Jaros z Żyliny zachwalał swe artystyczne wyroby z drewna. Nie ustępowali im polscy wytwórcy. Lucyna Bytow z Koniakowa zaprezentowała takie koronki, że chciało się niemal klękać przed jej stoiskiem. Wzięcie miały praktyczne wyroby, np. z lnu i gryki, jak: poduszki, wałki do spania, materace, które prezentowała (a wcześniej ręcznie malowała) Joanna Zych z Kozłówki, dokładając do zakupu prozdrowotny wykład i czarujący uśmiech.

Rejon ulic Złotej i Archidiakońskiej był strefą jadła i napitków. Tutaj też można było „przepaść” na dłużej z powodu ciżby wokół stoisk spożywczych. Więcej niż zwykle stoisk kusiło miodem i miodnymi produktami – kultura pszczół i ich dorobek były główną ideą tegorocznej imprezy.

Pszczoła zamiast kury?

Tak przynajmniej sugerował plakat tegorocznego Jarmarku Jagielońskiego. „Moduł pszczeli” był bardzo bogaty. O niezwykłym świecie tych owadów, ich roli w kulturze, sztuce i zdrowiu informowano na otwartym spotkaniu pt. „Be with bee – be thanks to bee” w wirydarzu klasztoru dominikanów. Wystąpili tu znani praktycy pszczelarstwa, m.in. Bractwo Bartne z Augustowa, którego członkowie przybliżali zasady hodowli pszczół w ulach oraz budowy innych pszczelich siedzib.

Wiedzą dzielili się promotorzy tej idei. I tak Katarzyna Jagiełło (Greenpeace Polska) bardzo rzeczowo omówiła zagrożenia dla pszczół czy innych owadów zapylających, jakie generuje cywilizacja. Mówiła o działaniach na rzecz ochrony pszczół i popularyzacji tej wiedzy. Z kolei Elżbieta Gajowiak – jedna z największych polskich ekspertek technologii produktów pszczelich, długoletnia nauczycielka szkoły w Pszczelej Woli ukazała istotę życiodajnej chemii miodu i jego produktów. Na koniec Marcin Sudziński (animator Centrum Kultury) podsumował swoje warsztaty – zajęcia prowadzone w pasiece miejskiej na dachu CSK, gdzie mówił o kulturowym znaczeniu pszczół.

Miała też miejsce lubelska odsłona wystawy „Miodem płynące”, ukazującej piękno, szlachetną materię, doskonałość pszczół i ich natury. Autor, Stanisław Brach – profesor ASP w Warszawie, przedstawiał porcelanowe tablice a la` plastry miodu. Porcelana nawiązuje do szlachetności i doskonałości struktur budowanych przez owady, jednocześnie zwraca uwagę na „kruchość” gatunku pszczół, eksploatowanego i niszczonego przez człowieka. Tę wystawę obejrzymy do 14 wrześni. Czynna jest w godz. 14-18 od wtorku do soboty, w Galerii Gardzienice (ul. Grodzka 5a).

Kura bez pasażera…?

Mobilny symbol Jarmarku – kura z miedzianej blachy ponad 2-metrowej wysokości, znów nie doczekała się jeźdźca-wodzireja. Lubelski aktor Przemek Buksiński przez 11 lat przyzwyczaił nas do pełnienia tej funkcji. Widać było, że „z góry” miał znakomity ogląd tego festiwalu, zawsze zaskoczył organizatorów kreatywnym pomysłem. Obecnie jednak, bez wyraźnej przyczyny, ogląda on Jarmark z poziomu chodnika już drugi rok. – Nadal czuję się współorganizatorem Jarmarku, widocznie ktoś miał potrzebę zmian festiwalu, bo klimat imprezy wyraźnie się zmienił – zauważa aktor. Pozostańmy z retorycznym pytaniem: czy w dobrym kierunku?

Objazd kury po uliczkach Starego Miasta odbywał się kilka razy w ciągu każdego dnia. Otaczała ją grupa artystów rodzimej Fundacji Sztukmistrze. Tło muzyczne spektaklu było skromne: zapewniał je 6-osobowy zespół Orquestrina Trama z Hiszpanii z tradycyjną muzyką Pirenejów. Owszem i teraz był humor sytuacyjny, popisy akrobatyki i żonglerki, jednak czegoś to brakowało. Bez charyzmatycznego wodzireja, bez energetycznych bębniarzy i kobziarzy Hollóének Hungarica to już nie jest ten sam barwny happening Jarmarku…

Zauważyli to internauci komentujący imprezę. Ich zdaniem zabrakło nawiązań do średniowiecznej genezy Jarmarku Jagielońskiego i tego klimatu, jaki impreza miała kilka edycji wcześniej. Wtedy spotykało się co krok ludzi ubranych w stroje sprzed 700 lat, grano muzykę z epoki, a na błoniach trwały rycerskie turnieje.

Kilka lat wstecz Jarmark sięgał do dziejów grodu: Przedstawiano rekonstrukcje walk obronnych, czy wystawiano spektakle teatralne o tematyce historycznej.

Muzyczna warstwa Jarmarku

Na dziedzińcu Zamku 16 sierpnia obejrzeliśmy unikalny koncert „re:tradycja”, w ramach którego artyści spotkali się w repertuarze muzyki ludowej z jej wykonawcami. W przypadku każdego z 4 występów tego wieczora powstawała zupełnie nowa artystycznie jakość. Koncert rozpoczęli Adam Bałdych (skrzypce) i Krzysztof Dys (fortepian) grający razem z Kapelą Jana Kmity, konfrontując nowoczesne frazy stylizowane na ludowo z dziarskim brzmieniem weselnej kapeli.

Wkrótce po tym na scenę wyszły 3 urocze seniorki z Zespołu Śpiewaczego Dobrowoda (Podlasie), z którymi bardzo udanie współbrzmiała na swój aktorski sposób Katarzyna Groniec.

Świetnie prezentowała się pieśniarka Janiną Pydo w towarzystwie muzyków z okolic Goraja. Ta artystka pisze i śpiewa proste teksty oparte na obserwacjach ludowej obyczajowości. Sekundowali jej Dorota (mocny, etniczny wokal) i Henryk Miśkiewicz (klarnet, saksofony). Wspólnie śpiewając i muzykując, wciągnęli do zabawy wielu z około 2 tys. widzów koncertu. Śmiały tekst pani Janiny o uciechach prostej wiejskiej dziewczyny wzbudził entuzjazm publiczności, która nagrodziła ją brawami na stojąco.

Mniej udany okazał się występ Moniki Brodki zapowiadanej jako główna atrakcja wieczoru. Duet z Barbarą Biegun – śpiewaczką z Beskidu Żywieckiego, nie dał oczekiwanych wrażeń, no może poza jednym utworem – „Szysza”. Jak na taką gwiazdę to stanowczo zbyt mało – brzmiały opinie z widowni. Na szczęście towarzysząca paniom Kapela Ficek-Blachura dała świetną dźwiękową parafrazę innych utworów Brodki na góralską nutę.

Następnego wieczora było już mniej ludzi na dziedzińcu, za to duży ruch na widowni – najpierw za sprawą grupy Rodopi Ensemble – 5 Greków z terenu Tracji i Azji Mniejszej. Ich etniczne skrzypce, kobza, mandolina, keyboard i bębenki porwały wielu słuchaczy do spontanicznego tańca.

Później publiczność rozgrzał kwartet ‘Ndiaz z francuskiej Bretanii, grając mieszankę rytmów z 4 stron świata, pokazała kto jest muzyczną gwiazdą Jarmarku. I nie trzeba było długo czekać – wkrótce zaczęły się gremialne tańce na kamiennym dziedzińcu. Francuzi wielokrotnie bisowali, publiczność niezmordowanie tańcowała…

A propos, kto chciał kończyć każdy dzień Jarmarku tanecznym krokiem, korzystał z tradycyjnych potańcówek przy placu Dominikańskim. Grała tu specjalnie utworzona i hołubiona przez organizatorów Orkiestra Jarmarku Jagiellońskiego oraz kapele z całej Polski, a mnóstwo gości korzystało z okazji, by niemal do rana kręcić gromadnie oberki, polki, kujawiaki.

Zjawiskową scenografię wydarzeń muzycznych zapewnił niezawodny Jarosław Koziara.

Frekwencja nie słabnie, ale…

Zainteresowanie Jarmarkiem sprawiło, że pracownicy Lubelskiego Ośrodka Informacji Turystycznej i Kulturalnej w te dni pracowali po 10 godzin, obsługując setki turystów, również w językach obcych.

– Notujemy wzmożoną sprzedaż koszulek, chust, toreb i gadżetów z logo Jarmarku – podkreślali. Czego szukali, o co pytali przyjezdni? – Najczęściej o dania naszej kuchni regionalnej, o cebularze i gdzie można smacznie zjeść… Mniej interesowała ich oferta kulturalna.

Być może goście Jarmarku mylą go z Festiwalem Smaku, który zacznie się za tydzień… Turyści „gastronomiczni” stanowią teraz główny nurt w turystyce. Faktem jest, że najdłuższe kolejki do oferowanych specjałów były przy kramach z żywnością: zarówno po słodkości, jak i po bardzo konkretne dania, np. smażone placki z Litwy i Węgier.

Skoro udział w Jarmarku koncentruje się często przy stoiskach z żywnością i smakołykami, nasuwają się pytania: Czy organizatorzy godzą się na taki trend? Czyż nie można tego ograniczyć, promować szerzej ofertę kulturalną?

Przemysław Buksiński twierdzi, że zmienił się charakter lubelskiego jarmarku: jest krótszy, bardziej komercyjny, nastawiony na smakoszy: – Przed laty było w nim więcej wątków tematycznych, kiedyś to był prawdziwy, wielowymiarowy festiwal – mówi i dodaje, że potrzebne są tu badania antropo- i etnologiczne, które wyznaczą dalszy bieg imprezy.

I tak właśnie będzie

– mówi Grzegorz Rzepecki, dyrektor Warsztatów Kultury organizujących Jarmark Jagieloński – Poprzez badania etnograficzne i konsultacje z ekspertami spróbujemy wyznaczyć nową drogę tego festiwalu. Fakt, że początkowo było w nim wiele „smakoszostwa”, lecz obecnie unikamy tych podobieństw do festiwali kulinarnych. Myśmy z tego zrezygnowali – twierdzi dyrektor WK – podobnie jak stopniowo zrezygnowaliśmy z rycerzy, którzy biwakowali na błoniach, naparzali się lub prezentowali broń. Miało to niewielką wartość edukacyjną. Ten terenu przeznaczamy obecnie na Jarmarkowe Podwórko dla dzieci – uważam, że z lepszą korzyścią. Obok tego prowadzimy edukacyjny projekt Mała Orkiestra Jarmarku Jagiellońskiego, gdzie aktywizujemy dzieci, by uczyły się grać muzykę tradycyjną.

Dlaczego dziś ograniczono Jarmark jedynie do 3 dni, a dawniej trwał tydzień? – Celowo skróciliśmy Jarmark, gdyż koszty organizacyjne i logistyczne są ogromne. Lepiej zrobić 3 dni intensywne niż 6 ekstensywnie – wyjaśnia dyrektor.

Czy Lublin nie traci szansy, by ta, ludyczna impreza miała też podbudowę w historii? Dyrektor Rzepecki uważa, że formuła średniowiecza wyczerpała się: – Ustalamy bardziej ortodoksyjne linie programowe. Na pewno utrzymamy nurt utrwalania tradycji, dziedzictwa kulturowego, które odchodzi na naszych oczach. Jarmark jest chyba najpoważniejszą prezentacją sztuki ludowej w tej części Europy. Nie sprzedajemy ludziom tzw. lipy. Mamy tu wyłącznie sprawdzonych twórców – podkreśla, dodając, że jest też otwarty na prezentację współczesnych nurtów inspirowanych tradycją ludową.

tekst i foto: Marek Rybołowicz