Martyna finalistką MasterChefa

Jednych ujęła szczerym uśmiechem, otwartością, roztrzepaniem i prawdziwym talentem, inni znienawidzili ją, bo zwiedziła najdalsze zakątki świata, a jurorzy programu zachwycali się nią, choć nie zawsze wyrabiała się z czasem i podaniem kompletnych dań. Martyna Chomacka, 30-letnia chełmianka, została finalistką siódmej edycji najpopularniejszego kulinarnego show w Polsce. Teraz to jest jej czas. Jak go wykorzysta?

Idąc do programu, miałam świadomość, że znaczna część ludzi będzie mnie oceniała na podstawie wyglądu, albo kolorowych zdjęć w mediach społecznościowych. Generalnie w życiu łatwiej się ocenia, niż poświęca czas na rzeczywiste poznanie sytuacji, lub danego człowieka. (…) Gdy rozpoczęła się emisja, zaczęłam dostawać wiadomości z prośbami o to, bym nie wychodziła z szeregu, albo żebym przestała być indywidualistką. Spotkałam się z masą obelg i wyzwisk.

Próśb o to, bym pumeksem starła to „coś” z mojej ręki – to fragment postu, jaki Martyna zamieściła niedawno na swoim blogu (www.beachpliz.pl). Dziewczyna ujawniła szokujące informacje, do czego zdolni są obcy sobie ludzie w wirtualnym świecie – po tym, jak nie wydała makaronu na talerz, życzyli jej śmierci; trzymali kciuki, żeby cierpiała lub chociaż się rozchorowała i nie poleciała do Singapuru, gdzie kręcony był półfinał programu, bo zamiast sześciu dań dała jurorom pięć.

– Na początku bardzo się przejmowałam ogromną skalą „hejtu”. Szybko jednak dotarło do mnie, że tak naprawdę ten pusty krzyk i jad to frustracja niespełnionych ludzi, którzy – zamiast spełniać swoich marzeń – wolą siedzieć i narzekać. Tak jest łatwiej i bezpieczniej, niż podejmować ryzyko i walczyć.

Bardzo często szczęście innych uświadamia nam, jak bardzo sami jesteśmy nieszczęśliwi, wtedy internet jest idealnym polem manewru, ponieważ mamy złudne wrażenie bezpieczeństwa i przyzwolenia na krzywdzenie i obrażanie. Tak jednak nie jest. Ten „hejt” dał mi też bardzo dużo – zdałam sobie sprawę, jak jestem silna oraz dumna z tego, jaką jestem wyrazistą osobą – mówi o złośliwościach, których doświadczyła w czasie programu Martyna Chomacka.

Jako jedyna dotąd dziewczyna z Chełma doszła tak daleko w najpopularniejszym kulinarnym show (ba, w jakimkolwiek kulinarnym show!) w Polsce. 30-latka, z wykształcenia artystka, z zawodu trener personalny we Wrocławiu, została finalistką siódmej edycji MasterChef Polska. Jak teraz wygląda jej życie? – Bardzo lubię, jak fani programu podchodzą, chcą porozmawiać, podpytać, pożartować, poznać się. To miłe – cieszy się. – W tej chwili bardzo dużo się dzieje.

Tak naprawdę już po czterech odcinkach zaczęły pojawiać się pierwsze duże propozycje i jakieś castingi. Nie mogę na razie zdradzić, do czego konkretnie, ale opcji jest coraz więcej. Teraz muszę je ułożyć w jakąś rozsądną całość i zbudować satysfakcjonujący mnie plan na przyszłość.

Na ten moment nadal trenuję swoich podopiecznych, nadal poruszam się w tematach łączących zdrowie, kulinaria, aktywność fizyczną, sztukę i podróże, ale co wyjdzie z tego kolażu, dowiecie się wkrótce. Widzę, że otwiera się coraz więcej furtek i jest to dopiero początek mojej kariery – mówi tajemniczo chełmianka.

Swoje „5 minut” wykorzystuje na spełnianie kolejnego marzenia – zorganizowanie warsztatów kulinarnych. – Zaczęłam od Warszawy, w planach są też Wrocław i Kraków. Być może też inne miasta. Czas pokaże. Nie ukrywam, że tak duże zainteresowanie odbiorców tym tematem bardzo mi schlebia.

W tej chwili jestem też na finiszu organizowania wyjazdu łączącego warsztaty kulinarne, lekcje surfingu oraz treningi personalne na Bali w Indonezji. Ten projekt podróżniczo-kulinarny organizujemy wspólnie z Mateuszem Zielonką, MasterChefem szóstej edycji, oraz moim chłopakiem, Pawłem Gluzą. Ta magiczna podróż odbędzie się na przełomie kwietnia i maja 2019 roku – zapowiada Martyna. (pc)

Składniki:

  • 7-8 białek (w temp. pokojowej),
  • 330 g drobnego cukru (nie może być to ani cukier puder, ani kryształ),
  • szczypta soli,
  • łyżka soku z cytryny lub octu,
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej,
  • 250 g serka mascarpone
  • mała śmietana 36 proc.,
  • domowy, kwaśny dżem (może być o smaku mirabelki, wiśni, maliny, porzeczki, etc.),
  • ulubione owoce na przybranie.

Wykonanie:

Piekarnik włączamy na 170 stopni, bez termoobiegu.

Mikserem ubijamy białka z odrobiną soli. Kiedy piana jest już dość stabilna, stopniowo dodajemy cukier. Ciągle ubijamy. Piana musi być mocno sztywna. Pod koniec ubijania dodajemy sok z cytryny i mniej więcej po minucie wyłączamy mikser, po czym dodajemy przesiane 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej. Ręcznie, delikatnie mieszamy.

Następnie na dwóch blaszkach kładziemy wycięte z papieru do pieczenia koła. Na nich układamy naszą masę białkową. Obie bezy powinny być mniej więcej równej wielkości. Wkładamy bezy do piekarnika i od razu zmniejszamy temperaturę do 120-130 stopni.

Beza musi pozostać śnieżno biała. Jeśli zaczyna żółknąć, oznacza to, że temperatura jest zbyt wysoka.

Po upływie dwóch godzin wyłączamy piekarnik, ale nie wyciągamy bez i nie otwieramy drzwiczek. Bezy potrzebują odpocząć przynajmniej godzinę.

Jeżeli w piekarniku „dół” lub „góra” działa mocniej i nierównomiernie, w połowie pieczenia, dobrze jest zamienić ze sobą bezy miejscami.

W międzyczasie ubijamy mikserem śmietanę, stopniowo dodając mascarpone. Moja mama jeszcze słodzi krem. Ja tego nie robię, bo beza sama w sobie jest słodka. Jeśli jednak decydujesz się dodać cukier do kremu, polecam także dosypać dwie szczypty soli dla równowagi smaków – by tort nie był płaski i jednowymiarowy.

Spód jednej z bez smarujemy obficie dżemem – delikatnie, by nie zniszczyć i nie skruszyć jej struktury. Dolną bezę smarujemy kilkoma wielkimi łyżkami kremu i posypujemy dwoma garściami owoców. Nakładamy górną warstwę z dżemem od spodu, a na górę kładziemy resztę kremu i całe mnóstwo ulubionych owoców.

Nie polecam bananów, ananasów i kompozycji nadmiernie słodkich, ponieważ beza będzie jak „ulepek”. Owoce jagodowe, granat, mirabelki, agrest, orzechy, ewentualnie połączenie figi i granatu będzie pasowało tu idealnie