Przejmujące świadectwo

Spotkanie ze Zbigniewem Grochowskim w Sali Błękitnej LUW

Przed tygodniem lubelska młodzież miała okazję spotkać się z osobą wyjątkową – pochodzącym z Lublina 93-letnim Zbigniewem Grochowskim, fotografem powstania warszawskiego. Niezwykły gość opowiedział zgromadzonym w Lubelskim Urzędzie Wojewódzkim uczniom swoje wojenne przeżycia i zaprezentował wstrząsające, unikalne powstańcze zdjęcia. Ich wystawa potrwa w LUW do końca tego tygodnia.


– Mamy dziś okazję gościć bohatera najwyższej próby. Coraz mniej jest naocznych świadków powstania warszawskiego, którzy mogą przekazać prawdę o tamtych wydarzeniach. Jest to prawda na wagę złota, bo przekaz międzynarodowy na temat tego, co się działo w Polsce podczas drugiej wojny światowej i kim byli Polacy, jest w dzisiejszych czasach fałszowany – mówił, otwierając spotkanie, Przemysław Czarnek, lubelski wojewoda.

Harcerz Szarych Szeregów

– Drodzy młodzi przyjaciele, jestem z wykształcenia nauczycielem, więc z młodzieżą miałem do czynienia przez 48 lat, będąc nauczycielem paskudnego przedmiotu, czyli matematyki. W mieście, w którym mieszkam, czyli Legnicy, mam około 5 tysięcy osób, które doprowadziłem do matury – zwrócił się z humorem do młodzieży pan Zbigniew. O swojej historii i wojennych przeżyciach mówił z energią mocnym głosem ponad czterdzieści minut do słuchającej go licznie zgromadzonej w Sali Błękitnej LUW młodzieży, m.in. z XIV Liceum Ogólnokształcące w ZSO nr 1 im. Zbigniewa Herberta, która była współorganizatorem wydarzenia.

Bohater spotkania, pan Zbigniew Grochowski (lat 93) urodził się w 1926 roku w Lublinie. Jego ojciec był z wykształcenia dziennikarzem, wydawał miesięcznik poświęcony kulturze Polesia, mama była nauczycielką matematyki w liceum. Wybuch wojny zastał jego rodzinę w Brześciu nad Bugiem. Późną jesienią 1939, po pierwszych wywózkach Polaków na Syberię, rodzice zdecydowali o ucieczce do krewnych w Lublinie.

– Spakowaliśmy, co mieliśmy, do czterech plecaków i moi rodzice, mój młodszy brat i ja przeszliśmy przez zamarznięty Bug. Potem przez Lublin dotarliśmy do Warszawy. Nie miałem wtedy nawet czternastu lat. W tym mieście przeżyłem niemal całą okupację niemiecką od 1940 do 1944 roku. Cały czas występowałem pod zmienionym nazwiskiem – Stefan Zabłocki – opowiadał pan Zbigniew. Przez cztery lata w stolicy uczęszczał na tajne komplety, kończąc gimnazjum.

– W tym czasie funkcjonowało jedynie szkolnictwo podstawowe, a każdy, kto kończył naukę i miał 14 lat, musiał być przymusowo zatrudniony w jakimś zakładzie pracy. Osoby bez dowodu zatrudnienia złapane w ulicznej łapance, natychmiast wysłano na roboty przymusowe do Niemiec. Ja w tym swoim fałszywym dowodzie miałem wpisane, że pracuję w zakładzie ślusarskim – tłumaczył młodzieży.

Nauka na tajnych kompletach prowadzona była przez nauczycieli przedwojennych gimnazjów i liceach warszawskich, którzy spotkania z młodymi ludźmi prowadzili w swoich prywatnych mieszkaniach. W jednej grupie mogło być najwyżej sześć do ośmiu osób, uczniowie nie mogli prowadzić żadnych notatek a wszystkich przedmiotów musieli uczyć się na pamięć. – Dzięki temu, że uczyłem się na pamięć, mogę zacytować fragmenty utworów literackich, których uczyłem się siedemdziesiąt pięć lat temu – wyjawił pan Zbigniew i wyrecytował obszerny fragment z „Pana Tadeusza”.

– Będąc harcerzem Szarych Szeregów, działałem w tzw. małym sabotażu. Najmłodsi z nas zajmowali się kolportażem podziemnej prasy. Niemcy w okupowanej Warszawie wydawali tylko dwa pisma: „Nowy Kurier Warszawski” – zwany popularnie przez warszawiaków „kurwarem”, bo podawał tylko propagandowe informacje o zwycięstwach Niemców na frontach i drugi – na wpół pornograficzny tygodnik „Fala”, a ludność Warszawy chciała prawdziwych informacji, tym bardziej, że Niemcy po zajęciu stolicy nakazali pod karą śmierci oddanie wszystkich radioaparatów, a za posiadanie radia groziło rozstrzelanie – wspominał gość.

– Mój ojciec w czasie wojny w Warszawie pracował (pod zmienionym nazwiskiem) w dziale informacji delegatury londyńskiego rządu w Warszawie, który zajmował się wydawaniem podziemnej prasy, zwanej potocznie „gazetą”. Kolportowali ją najmłodsi harcerze.

Zadaniem młodzieży z Szarych Szeregów było też malowanie kotwic na murach miasta i przekłuwanie szydłem opon w niemieckich samochodach. – Oczywiście, to był drobiazg, bo każdy kierowca w kwadrans taką szkodę naprawił. Było to jednak takie ukłucie komara w to cielsko potwornej niemieckiej machiny, które świadczyło o tym, że Niemcy są w mieście, które ich nie kocha – mówił młodzieży powstaniec.

Trudniejszym zadaniem małego sabotażu było uszkadzanie niemieckich pojazdów przez wsypanie do zbiornika z paliwem garści piasku lub cukru, co niszczyło silnik samochodu. Innym przykładem sabotażu, uprawianym w parach chłopak-dziewczyna, było zasmradzanie pomieszczeń publicznych, takich jak kina, czy kawiarnie, w których przebywali Niemcy, dwusiarczkiem węgla wylewanym z butelki na siedzenia czy podłogę. – Wtedy taki obiekt był na kilka dni wyłączany z użytkowania. Innym sposobem sabotażu było wrzucanie do kawiarni przeznaczonych „tylko dla Niemców” paczek z materiałem łatwopalnym – wspominał.

Fotograf powstania

Pan Zbigniew, dzięki posiadanemu aparatowi fotograficznemu, mógł w czasie okupacji robić zdjęcia niemieckich obiektów oraz dokumentować miejsca po ulicznych egzekucjach. Po słynnej akcji pod Arsenałem czy udanym zamachu na dowódcę SS i Policji na dystrykt warszawski Generalnego Gubernatorstwa Franza Kutscherę Niemcy wzmocnili terror. Na ulicach Warszawy rozpoczęły się uliczne egzekucje więźniów Pawiaka.

– Więźniowie mieli nałożone na głowę worki papierowe, żeby nie można było rozpoznać ich twarzy, a ciała grzebano za miastem. W tych miejscach egzekucji moi koledzy z Szarych Szeregów pisali na murach o liczbie rozstrzelanych, ktoś stawiał też świeczkę. Niemcy oczywiście natychmiast usuwali ten napis, a ja musiałem go sfotografować, zanim tego dokonają, a więc wcześnie rano.

Takie zdjęcia przekazywałem później swojemu druhowi. Wiem, że były one potem przekazywane do Londynu, gdzie nasz polski rząd na emigracji gromadził je jako dokumentację zbrodni niemieckich – wyjaśniał pan Zbigniew. Opowiadał również o przygotowaniach i przebiegu samego powstania warszawskiego. W lipcu 1944 na ziemie polskie dotarł front rosyjski. 22 lipca powstał w Lublinie PKWN. – O tym w szkole w PRL-u zawsze długo mówiono, ale ani o Katyniu, ani o powstaniu warszawskim w żadnym podręczniku nie było mowy.

Dzięki temu, że tak długo żyję, to mogę o tym, co o powstaniu wiem i co widziałem wam opowiadać – tłumaczył. Jak dodawał, tuż przed wybuchem powstania ludność Warszawy sądziła, że do miasta w najbliższych dniach wkroczą Rosjanie, którzy zajęli już Lublin i byli tuż pod stolicą, w Otwocku. Myślano, że tak, jak w czasie I wojny światowej, w listopadzie 1918 uda się bez większych problemów rozbroić Niemców. Wtedy to żołnierze niemieccy, wiedząc już o swojej klęsce na froncie, bez oporów oddawali broń mieszkańcom Warszawy.

– Od 22 lipca przez dwa warszawskie mosty: Poniatowskiego i Kierbedzia, obecnie jest to most Śląsko-Dąbrowski warszawiacy widzieli żołnierzy niemieckich uciekających z frontu, który był tylko kilkanaście kilometrów za Wisłą. Ci żołnierze nie mieli już samochodów, ale obdarci, zakrwawieni, uciekali bez broni wozami zrabowanymi od chłopów. Widząc to, warszawiacy sądzili, że będzie można bez problemu usunąć ich z miasta.

To była jedna z przyczyn powstania – dodawał. – Niestety w ostatnich dniach lipca: 29 i 30, do stolicy wkroczyły świeże niemieckie pancerne dywizje, uzbrojone po zęby, z czołgami, artylerią i obsadziły wszystkie strategiczne punkty na terenie lewobrzeżnej Warszawy. Zajęły też mosty kołowe i kolejowe oraz ufortyfikowały Pragę. Przez to godzina „W” była kilkakrotnie odwlekana – tłumaczył pan Zbigniew.

– W Warszawie było wtedy około 30 tysięcy żołnierzy Armii Krajowej, w większości dwudziestoparoletnich chłopaków i dziewczyn, uczniów tajnych kompletów. Ci młodzi ludzie, tworzący AK, mieli tylko 10 tysięcy karabinów – jeden karabin wypadał na trzech żołnierzy, a każdy żołnierz niemiecki miał m.in. po jednym kabinie maszynowym, z którego w kilka sekund mógł wystrzelić kilkaset pocisków.

Niezwykły gość opowiadał młodzieży również o tym, jak wyglądały uliczne walki w czasie powstania, które osobiście fotografował. Mówił o bohaterskich, okupionych utratą życia próbach niszczenia niemieckich czołgów, które polegały na wrzucaniu do nich butelek z benzyną, o przecinaniu przez 9-10 letnie dzieci biorące udział w walkach kabli niewielkich, wypełnionych materiałem wybuchowym czołgów zwanych Goliatami, czy o próbach uszkodzenia wozów transportowych.

Opowiadał również o jednym ze swoich najgorszych przeżyć z pierwszych dni powstania, gdy Niemcy zastawili na ludność cywilną stolicy śmiertelną pułapkę. Udali, że opuszczają opancerzony transporter wypełniony materiałem wybuchowym, który następnie został przez powstańców „zdobyty” i wciągnięty w jedną z ulic. Tam zgromadziło się wokół niego około 300 mieszkańców, którzy wyszli z pobliskich kamienic – wtedy potężny ładunek, zamieszczony w środku, eksplodował, zabijając mnóstwo osób i niszcząc okoliczne kamienice.

Pan Zbigniew mieszkał w tym okresie na Starówce i następnego dnia był na miejscu tragedii. – To było okropne. Ci ludzie zostali dosłownie rozerwani na strzępy – po kostki brodziłem w krwistej mazi, zmieszanej z gruzem kamienic. Tam zrobiłem swoje najbardziej przejmujące zdjęcia. Na jednym z nich widać urwaną ludzką nogę z wciąż założonym na nią butem – wspominał pan Zbigniew. W jego wspomnieniach pojawiła się też opowieść o regularnych bombardowaniach Warszawy przez niemieckie samoloty, a na zdjęciach są obiekty zrujnowanej stolicy.

Mówił też o postawie Rosjan, którzy mimo iż stacjonowali blisko stolicy nie tylko spokojnie czekali na dogaszenie powstania, ale również nie pozwolili na lądowania na swoim terenie nielicznym samolotom alianckim próbującym zrzucać broń i paczki dla powstańców. – Powstanie od samego początku nie miało szans. Pierwszego sierpnia przez powstańców został zdobyty jedynie 16-piętrowy wieżowiec warszawski, zwany Prudential. Został tylko i wyłącznie zdobyty dlatego, że Niemcy mieli tam hotel dla oficerów. Po drugiej stronie placu Napoleona był budynek Poczty Polskiej, o który toczyły się dłuższe walki – mówił.

– Ja byłem przez 31 dni na Starym Mieście, gdzie mieszkałem i gdzie mnie zastało powstanie. Pierwsze dziesięć dni powstania były tam spokojne i udało mi się zrobić kilka zdjęć młodych powstańców – wszyscy sfotografowani później zginęli – dodał. W pierwszych dniach powstania Niemcy starali się uzyskać dostęp do mostu Kierbedzia i uzyskać łączność z Pragą. Na drodze stała im dzielnica Wola, gdzie dokonano bestialskich mordów ludności cywilnej: dzieci, starców i kobiet.

Po upadku Starówki, 2 września wraz z ewakuowaną ludnością cywilną, pan Zbigniew z matką i bratem trafili do obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie. Następnie wywieziony został w głąb Rzeszy na przymusowe roboty. Wrócił do Polski w maju 1945 roku.

– Miałem wtedy 18 lat, byłem bardzo młody, więc wsiadłem na dach pociągu jadącego do Warszawy. Przedtem udało mi się zdobyć aparat fotograficzny, którym przez dwa tygodnie w ruinach stolicy zrobiłem przeszło 250 zdjęć. Fotografowałem pomnik po pomniku, kościół po kościele, ulice fragment po fragmencie, piwnice na Woli pełne czaszek i kości zamordowanych tam mieszkańców – wspominał.

Później wrócił do rodzinnego Lublina. Ukończył studia geologiczne na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej i pracował jako pedagog. Na początku lat 50. skierowano go do Legnicy, gdzie kontynuował nauczanie fizyki i matematyki i gdzie mieszka do dziś. Przez lata jego wojenne zdjęcia przeleżały ukryte w szufladzie.

Przekazał je dopiero w 2006 roku do Muzeum Postania Warszawskiego. Od tamtego czasu spotyka się z młodzieżą. – Odbyłem już 300 takich spotkań. Opowiadam na nich o tym, co się w tamtych czasach działo, jak wyglądały losy dorastającego chłopaka w trakcie niemieckiej okupacji i jak wyglądało samo powstanie – tłumaczy.

Podczas spotkania w LUW komentował też wykonane przez siebie fotografie powstania i zrujnowanej Warszawy, omawiając poszczególne ujęcia i odpowiadał na pytania poruszonej jego relacją młodzieży.

Emilia Kalwińska